Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Lost in St. Petersburg

środa, 07 października 2009 20:07
 - U Kitajca budziet wodka?
- Budziet, kanieczna!
- Ntak dacie mnie stopietdziesiat gram.


To jest tekst dnia! Mam na szkoleniu czterech Ukraińców. Jeden z nich codziennie do obiadu zamawia wódkę. Z tym, że w poniedziałek zaczynał od 50 gram. Dokładnie - wódkę zamawia fachowo w gramach! Wczoraj było 100 a dzisiaj 150. Nawet tutejsi koledzy Rosjanie stawiają zakłady, czy w piątek dziabnie do obiadu ćwiartkę. W końcu "Wrać mnie nie zapretił", czyli... lekarz mu nie zabronił ;-)

Po kilku dniach z chaosu informacji zaczynają wyłaniać się prawidłowości. Okazuje się, że petersburczycy mają fatalną orientację we własnym mieście. Przypadek recepcjonistki, która skierowała mnie do klubu w zupełnie przeciwną stronę niż faktycznie powinna, nie jest odosobniony. Codziennie z hotelu do biura bierzemy taksę. Żaden z kierowców nie wiedział, jak dojechać na miejsce, pomimo tego, że odległość wynosi 10 min jazdy i należy wykonać w sumie 4 skręty. Na szczęście dwóch miało mapę, choć jednemu mało pomogła i i tak jechał na około.  Dzisiaj za to trafiliśmy na najgłupszego taksówkarza na świecie. Nie dość, że nie wiedział gdzie jechać, to jeszcze uparcie jechał przeciwnie do naszych instrukcji. Ja mu w lewo, a on w prawo. Ja mu, że źle jedziemy i trzeba "abarot i nazad" a on, że "nie lza" i dalej jedzie w przeciwną stronę. Potem kazałem mu skręcić w prawo, to tak skręcił, że wywaliło nas na jakąś autostradę, która właśnie prowadziła w lewo. Nie wiem jakim cudem, ale w końcu udało się go poprowadzić i dojechaliśmy gdzie trzeba.

Albo pani tramwajowa... Wczoraj po dość długim spacerze po mieście postanowiłem podjechać kawałek tramwajem i przy okazji się zagrzać, bo tu jest normalnie 5 stopni i prawie zima. Na chłopski rozum wychodziło mi,  że podajdę sobie 3 przystanki na gapę i będzie dobrze. Jednak systemu nie dało się przechytrzyć. W tramwaju powitała mnie babcia w oczojebnej pomarańczowej kamizelce drogowej i zapytała "Kuda jedziesz?". Ja na to, że "nie znaju", ale że docelowo chcę się dostać na Pietropawłowską, przy czym wyciągnąłem mapę i pokazałem jej gdzie, bo podejrzewałem, że tramwaj akurat tam nie jedzie, więc pytanie - gdzie najlepiej wysiąść. Jakoś się żeśmy po polsko-rosyjsku dogadali i babka mówi "Usiądźcie sobie a ja skażu kagda wychadzit". Mineły 3 przystanki a ona nic.  Widzę, że chwilowo się od celu oddalamy, ale siedzę spokojnie i po chwili tramwaj faktycznie skręca w dobrą stronę. Jadę jadę i w pewnym momencie babka daje znak, żebym wysiadał i tłumaczy, że potem skręcam w lewo i idę prosto. Ok, spasiba. Wysiadam, sprawdzam na mapie gdzie jestem i okazuje się, że jeszcze kawałek mam. Na oko tyle samo, co gdybym podjechał 3 przystanki - tylko, że teraz z drugiej strony. O dziwo tramwaj, z którego wysiadłem, skręca w lewo właśnie! Myślę sobie, że pewnie potem jakoś odbija, ale idę, idę cały czas wzdłuż torów, mijają mnie kolejne tramwaje z tym samym numerkiem, ja mijam kolejne przystanki i w końcu okazuje się, że tramwaj dojeżdża dokładnie na samą Pietropawłowską! A ja musiałem dymać z 5 przystanków na pieszo, bo baba tramwajowa kazała mi wysiąść i dojść!!!

Więc po raz kolejny okazuje się, że generalnie lepiej zaufać swojemu zdrowemu rozsądkowi, niż zdawać się na innych... A zwłaszcza na Ruskich w sprawie drogi.

komentarze (4) | dodaj komentarz

Nightlife in Petersburg

poniedziałek, 05 października 2009 18:28



W sobotę wieczorem postanowiliśmy z Bartkiem pogościć się jak prawdziwi Rosjanie. Toteż kupiliśmy słoik kawioru, chleb, masło, śledzie w oleju i pół litra sanktpetersburskiej. Jak wiadomo tutaj wódka najlepiej smakuje z kawiorem, a kawior czerwony, bo taki mieliśmy, najlepiej smakuje na kromce chleba grubo posmarowanej masłem. W przeciwieństwie do czarnego, który smakuje, gdy go włożyć zamiast zółtka do przeciętego na pół,  ugotowanego na twardo jajka. No więc jedliśmy na podkład ten kawior z chlebem, piliśmy tę wódkę i zagryzaliśmy tymi śledziami. Najgorsza była oczywiście wódka. Śledzie też podłe. Kawior dobry, ale lepiej mi smakował bez chleba i masła.

 Po wódce Bartek poszedł spać a ja poszedłem oglądać, jak na Newie podnoszą się mosty. Ale, że podnoszą się między 1 a 2 w nocy - a mój konkretnie o 1:35, miałem dość czasu, żeby zahaczyć o jakiś klub. Zobaczyć jak się ludzie bawią gdzie indziej niż u nas. Tak też pani na recepcji udzieliła mi informacji, że klub Etaż jest niedaleko, na Akademickiej. Poszedłem na Akademicką, ale tam żadnego klubu znaleźć nie mogłem. Za to znalazłem młodzież pijącą w parku, co było o tyleż znamienne, że teraz, tutaj pogoda jest nieciekawa. Zimno i pada. I wieje. Młodzież była już nieźle wstawiona i akurat wychodziła. Zagadnąłem o ten klub. Na szczęście trafiłem na poliglotę, który, jak się okazało, znał trochę angielski, niemiecki i całkiem dobrze rosyjski. Wiedział gdzie jest Etaż i nawet zaoferował, że mogą pójść ze mną, bo im po drodze. Tak też poszliśmy. Poliglota Siergiej, oraz dwie dziewczyny, z których jedna w sumie słusznie stwierdziła, że "Kak ty Paliak to paciemu my gawarim p angielski?!" i od tej pory mówiła już tylko po rosyjsku. A druga była tak wcięta, że mówiła jedynie 'Don't worry...", nie wiem - do mnie, czy do siebie...  Tak więc droga upłyneła w towarzystwie miło. Poczęstowali winem, bo jeszcze mieli butelkę na wynos. W sumie wróciliśmy aż do hotelu i poszliśmy w drugą stronę. Recepcjonistka widać nie była zbyt precyzyjna z tą Akademicką. W międzyczasie koleżanka "Don't worry" gdzieś wpadła w krzaki, a tamci chyba by w ogóle nie zauważyli, ale ich zatrzymałem i zanim zaczeliśmy się niepokoić, wyłoniła się z powrotem. Rozstaliśmy się na skrzyżowaniu, gdzie oni poszli do siebie a ja do Etaża. I w sumie tak skończyła się nocna przygoda, bo w Etażu chcieli 500 rubli za wjazd (50 złociszy) a przez to całe chodzenie zrobiło się tak późno, że niebawem mieli otwierać mój most. Stwierdziłem, że nie będę nabijał pazernym ruskom kasy i poszedłem okrężną drogą nad rzekę. A trzeba Wam wiedzieć, że Petersburg jest w nocy bardzo ładnie oświetlony.

Morał z tego taki, że ludzie tutaj są mili i pomocni, ale nie zawsze wiedzą co i jak.

komentarze (1) | dodaj komentarz

Sankt Petersburg, czyli Wenecja Północy

niedziela, 04 października 2009 18:54
 Jestem w Sankt Petersburgu, zwanym także Wenecją Północy czy też kiedyś - Piotrogrodem i Leningradem. Z tą Wenecją to troszkę na wyrost. Jednak aż tylku kanałów tu nie ma. Ale miasto i tak jest bardzo ładne. Na pierwszy rzut oka przypomina bardziej Wiedeń albo Pragę z ich szerokimi ulicami i monumentalnymi kamienicami. Jednak nad Newą przerzuconych jest wiecej mostów, a sama rzeka przyprawiłaby swoją szerokością Wełtawę o zazdrość. W ogóle czuć klimat morza. Mewy dobrze komponują się z czarnymi mundurami młodych marynarzy rosyjskiej floty wojennej.

 W ogóle wyjazd był na wariackich papierach, ale do tego już w firmie przywykłem. Wizę kurier dostarczył z ambasady w piątek rano - wylot mieliśmy po południu. Od dwóch dni intensywnie zwiedzamy miasto, bo potem nie będzie już okazji. Z głównych atrakcji turystycznych zaliczyłem Twierdzę Pietropawłowską, od której rozpoczęło się wznoszenie grodu oraz chatkę cara Piorta I, w której przez kilka lat mieszkał i nadzorował budowę. Obejrzeliśmy historyczny krążownik Aurora, który ponoć dał sygnał do rozpoczęcia bolszewickiej rewolucji, obalenia cara i w efekcie powstania Republiki Radzieckiej oraz lekcji komunizmu dla całego świata. Piękny jest Sobór Zmartwychwstania Pańskiego, czyli klasyczna cerkiew ze złotymi i kolorowo emaliowanymi kopułami, które przywodzą na myśl pyszne kręcone lody z automatu. Widziałem też jak magicznie, w środku nocy, podnoszą się mosty na Newie.

 

 Osobny wpis możnaby poświęcić Ermitażowi, czyli narodowemu rosyjskiemu muzeum, które śmiało może iść w szranki z Luwrem. W kolekcji ma eksponaty począwszy od egipskich mumii, przez klaszyczne greckie i rzymskie rzeźby, płótna pędzla flamandzkich mistrzów aż do bardziej współczesnych, takich jak Monet, Van Gogh czy Picasso. Za to sam Pałac Zimowy, w którego wnętrzach zlokalizowane jest muzeum przebija urodą i przepychem Luwr. Tu każda sala jest arcydziełem samym w sobie. Mozaiki na podłogach, marmurowe kolumny, złocone, malowane i bogato rzeźbione sufity, kryształowe żyrandole... W sumie ponad 20 km korytarzy i sal do zwiedzania, w których muzeum może wystawić nie więcej niż 5% swojej kolekcji. W przewodniku piszą, że w jeden dzień nie można obejść wszystkiego, ale my daliśmy radę :) I nie tylko to. Połaziliśmy też po newskich mostach i ulicach, w tym dumie Petersburga, czyli Newskim Prospekcie. Coś jak nasza wrocławska Świdnicka, z tym że większe ;)

 

 Na razie tyle. Żeby nie zapomnieć to od razu zapowiem, że w następnym wpisie opowiem o rosyjskim jedzeniu i rosyjskim życiu nocnym. Bo jak turystyka, to kompleksowa!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

komentarze (0) | dodaj komentarz

niedziela, 21 marca 2010

Licznik odwiedzin: 122337

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Mój bloog z pordóży

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 16.03.2010 16:42:35
  • autor: justynas98
  • treść: Fajna str jestem les...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 122337
Bloog istnieje od: 1065 dni