Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Przygody w Kuala Lumpur - wpis właściwy

wtorek, 06 maja 2008 18:49
 W mieście Kuala Lumpur, stolicy egzotycznego kraju azjatyckiego - Malezji, ogólnie uznawany jest ciekawy obyczaj wydawania drinków alkoholowych dla kobiet w niektórych klubach w określony dzień tygodnia nieodpłatnie. Większość klubów zdecydowała się na środę i dzień ten, a właściwie wieczór, potocznie zwany jest w lokalnie obowiązującym języku "Ladies Night". A chodzi o to, żeby w środku tygodnia, bądź co bądź nienajlepszym czasie na impezowanie, przyciągnąć do knajp klientelę. I to działa! Do klubów po darmowe drinki ciągną kobiety, a za nimi, jak ćmy do ognia - faceci. Jest ruch, gra muzyka, ludzie się bawią - niby środa a jakby piątek wieczór - dzieje się!

Tak też ja pociągnąłem za trzema modello, które miały już środowe Ladies Night rozpracowane. Gdzie pójść najpierw, gdzie potem, a gdzie na końcu. Gdzie dają darmowe margarity, gdzie mojito a gdzie gra kapela na żywo. Moja doskonale zorientowana Lwica i jej dwie koleżanki z Polski na kontrakcie w agencji Andrew.

Zaczeło się źle, bo nie wiedzieć czemu, w pierwszej i drugiej knajpie "Ladies Night" nie było. Nawet taksówkarze nie oferowali gromkim okrzykiem swojej niesamowitej, intrygującej, ale dotychczas niezbadanej promocji: "Taxi! Ladies Night!". Coś było nie tak i składając strzępy informacji w niepokojący obrazek zaczynaliśmy się domyślać, że może mieć to wiele wspólnego z czwartkowym świętem narodowym. No bo skoro jutro jest wolne, to po co robić promocje, skoro ludzie i tak przyjdą. Pachniało ktastrofą, ale postanowiliśmy obczaić ostatnie miejsce na liście, knajpę "Hollywood Planet", no i okazało się to dobrym strzałem. Są darmowe drinki, jest bilard, jest live band - tego szukaliśmy. Ale to dopiero początek...

 Koleżanka Sylwia po ponad dwóch miesiącach obracania się w kręgach international model society w Kuala zna wszystkich. Ludzi, nieludzi...  Zna też Eryka, jednego z najbogatszych ponoć ziomków w Singapurze, który akurat przyjechał swoim jasnozielonym oczojebnym Lamborghini Diablo i wynajął kilka pięter w Ritzu, żeby pobujać się po okolicy. Eryk bawi się aktualnie w Heritage Mansion, jednym z bardziej znanych fashion barów w KL. Zaprasza, załatwia darmowy wjazd, wysyła po nas swojego kierowce w Mercedesie. Pytam dlaczego nie w Lamborghini, ale dziewczyny mi wyjaśniają, że Lamborghini można pojechać tylko z Erykiem osobiście, a kierowca jeździ Mercem. Po drugie do Lambo nie mieści się pięć osób, tylko dwie, bo fabrycznie w tych modelach nie montują tylnej kanapy. Jak przyjeżdza Merc, to okazuje się, że osób jest sześć, bo kierowca Eryka ma własnego szofera :)

Zajeżdżamy pod Manison, dziewczyny wchodzą jak do siebie, mnie się oczywiście czepiają. Czy jestem modelem? A jasne, że tak! A skąd? A z Andrew. Ściema raczej mało przekonująca, ale skoro przywiózł mnie kierowca Eryka to chyba jednak muszę być kimś, więc w końcu mnie wpuszczają. Nawet dostaję darmowe karnety na drinki, bo na tym właśnie polegają fashion bary - każdy model, z naciskiem na każdą modelkę ma wejście za darmo i kilka darmowych drinków. Reszta zwykłych zjadaczy chleba musi słono płacić, żeby w ogóle wejść. A żeby się czegoś napić, trzeba zostawić w barze równowartość killu obiadów. Fakt, że biedni tam nie chodzą, ale i tak jest śmiesznie, po połowa ludzi to faktycznie modelarskie towarzystwo (wiem wiem, fachowo mówi się modelingowe ;). Druga połowa to frajerzy, którzy stawiają modelkom drinki, a jeśli zaiskrzy to następnego dnia zabierają je na zakupy. 17-letnia Lilian z Brazylii ostrzega, żeby nie ufać Erykowi i jeździć na te zakupy tylko z koleżanką - nigdy sam na sam. Proszę, jakie rezolutne dziecko ;] I tak to się kręci, a my z Olą w środku stoimy, patrzymy i uśmiechamy się do siebie.

 Jak wszystko na tym świecie, tak i karneciki na darmowe drinki się kończą. A to oznacza koniec kariery w klubie. Z resztą i tak jest późno. Lojalnie zabieramy Sylwię i Paulinę ze sobą, co okazuje się początkiem kolejnych problemów. Nie trzeba dysponować umysłem Leonarda Da Vinci, żeby wybrazić sobie, jak może wyglądać spacer po tętniącej nocnym życiem azjatyckiej metropolii z trzema nieźle już zrobionymi modello. Że rzucaja się w oczy to mało powiedziane, bo dziewczyny nie dość, że białe (a tu wszyscy tacy ciemniejsi), wysokie (a tu wszyscy raczej niscy), raczej urodziwe ;], to jeszcze zrobione na bóstwa - ogólna sensacja. Tak też właśnie podczas próby złapania taksy, jacyś kozacy postanowili zaszpanować i prawie na nas nie najechali autem - co mnie bardzo rozeźliło. Ale widać Paulinę jeszcze bardziej, bo pociągneła im z solidnego kopa po tylnym zderzaku.

No nic. Na szczęście jakaś taksówka się zatrzymała, więc ustaliliśmy gdzie chcemy jechać, dziewczyny władowały się do tyłu, ja do przodu, ale widzę, że tamci kopnięci w zderzak już wysiadają z fury i podbijają we dwóch do naszej taksówki, bo pozostała dwójka zajmuje się oglądaniem zderzaka! Nasz taksiarz zamiast ruszać zaczyna się ich głupio pytać o co chodzi, a ziomki już otwierają tylne drzwi z ewidentnymi pretensjami do Pauliny. Ja wysiadam z przodu, drę na nich ryja, że o mało co nas nie przejechali, zatrzaskuję tylne drzwi, oni do mnie że kopiemy w ich auto, ja do taksiarza razem z przerażonymi dziewczynami "Just drive!!!"... no i jakoś odjechaliśmy. Że niby koniec przygód? Nie nie :)

Taksiarz wyczuł interes! Uparł się, że nie włączy taksometru i zarządał absurdalnej kwoty. Bądź co bądź miał pewną przewagę psychologiczną, bo kwoty żeśmy wcześniej nie ustalili, kazaliśmy mu jechać i ogólnie wyciągnął nas z opresji. Nie przewidział tylko tego, że dziewczyny doskonale wiedziały ile taki kurs kosztuje a dodatkowo były już bojowo nastawione po poprzednim starciu i wciąż podpite, więc wywiązała się kolejna awantura - tym razem o cenę taksówki.  W sumie przyznam, że koleś sam był sobie winien, bo był zbyt pazerny i nie chciał odpuścić z ceny. Zaczął wygrażać, że zwiezie nas na policję, potem, że nigdzie nas nie zwiezie, my że go chrzanimy i żeby nas wysadził, on że nas wysadzi ale za 10 ringgit, my że nic mu nie damy - w końcu gościu wpadł w jakąś furię i zaczął się na nas dosłownie wydzierać! I znowu całe szczęście, bo już nie wiem gdzie by nas wywiózł, ale pierwszy raz w życiu ucieszyłem się widząc przed nami, w środku nocy, w centrum Kuala Lumpur, wielki korek. Taksówkarz walczył ile mogł, ale w końcu musiał stanąć, więc zarządziłem wyjazd i nie zwracając uwagi, że próbuje chwytać mnie za ręke i zatrzymać, ewakuowaliśmy się na zewnątrz. No i to był pierwszy raz w moim życiu, kiedy ktoś rzucał we mnie butelkami. Jak mówiłem - furia. Gościu nie mógł zostawić auta, ale dorwał się do jakiegoś pobliskiego kubła i rzucał w nas czym popadło. Uhhhh...!

Dalej już było bez komplikacji.
No i powiedzcie mi - czy z moją ukochaną Alex można się nudzić?

P.S. Nie mam jeszcze zdjęć z nocnych eskapad, więc wrzucam luźne scenki obyczajowe z Kuala zasadniczo nie związane z tematem ;)

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wspólne foty

czwartek, 03 kwietnia 2008 18:42
 Granda, skanda i hańbal!!!

Okazauje się, że na tym nędznym bloogu nie ma ani jednego zdjęcia, na którym jestem razem z moją ukochaną Lwiczką. I trzeba to zmienić. Dlatego też wrzucam kilka wspólnych zdjęć, całkiem świeżych, bo z ostatnich, niezakończonych jeszcze wojaży.


I to w rozmiarze premium. Całe 400 na 267 pixeli!

 Więc na pierwszym ja i Ola na Sky Bridge w Kuala Lumpur. Sky Bridge to ten mostek przerzucony pomiędzy dwoma wieżami Petronas Twin Towers na wysokości 170m. Słaby, bo nawet nie w połowie wysokości wież - ale wyżej wjechać nie pozwalają.












Na drugim Ola i ja w Kuala w fabryce, gdzie z jakiegoś lokalnego stopu cyny w czymśtam wyrabiają różna dziwactwa, między innymi takie łapy.


















Na kolejnym ja i Ola wypływamy na nurkowanie. Pulalu Perenthian, Malezja. Raj na ziemii (i pod wodą :).



















No i ostatnie w Diving Center Flora Bay, gdzie właśnie odebraliśmy nasze certyfikaty PADI Open Water Diver i dostaliśmy pamiątkowe koszulki, którymi można poszpanować na mieście.










Chciałoby się po prostu napisać, "ej ziomki, wrzucam nasze zdjęcia, bo słodko ze sobą wyglądamy", ale nie mogę, bo to nie mój tekst ;)

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zaległy wpis z 23 marca 2008: Trigger Fish

piątek, 28 marca 2008 11:32
 Dzisiaj zaatakowała mnie ryba! Poważnie! Noszę teraz dumnie to znamię na nodze. Wygląda jak ugryzienie węża, albo klasyczne w filmach grozy dziabnięcie wampira: dwie czerwone kropy odległe o dwa cemtymetry.

Ryba zwana jest Titan Trigger Fish i polega na tym, że czai się przy dnie i atakuje to, co przepływa ponad nią. Normalnie Trigger Fishe żywią się innymi mniejszymi rybami, natomiast ten jeden gatunek - Titan - znany jest z tego, że atakuje nurków.


TITAN TRIGGERFISH

WIELKOŚĆ: do 75 cm
 OPIS: Ciemne ciało z żółto-niebieskim wzorem, żółto-zielona głowa, biały ogon; ciemne "wąsy" nad pyskiem. Waleczna; samice atakują nurków. Występuje w lagunach i rafach koralowych 3-50m


Tutaj muszę wyjaśnić parę rzeczy. No bo... jak to nurków? A właśnie że tak, że już od tygodnia nurkujemy, ha! I w ogóle o nurkowaniu to będzie cały osobny wpis, bo jest to zupełnie nowe, odmienne, niesamowite przeżycie. Po prostu inny świat! A nurkuję dlatego, że zamiast bezproduktywnie byczyć się podczas naszego wspólnego urlopu na tropikalnej malezyjskiej plaży, postanowiliśmy z Olą, że zrobimy kurs nurkowania.

Dlatego też, między innymi, od długiego czasu nie zamieściłem żadnego wpisu na blogu. Siedzimy na Pulau Pherentian na wschodnim wybrzeżu Malezji, gdzie tefonia komórkowa, internet i alkohol są dobrami wysoce luksusowymi. Po zasięg trzeba wyprawić się na drugą stronę wyspy przez dżunlę, puszka browara kosztuje tyle, co obiad, a za internet liczą od minuty i to słono.

 A zasłużony urlop mam po zakończonym w Kuala Lumpur szkoleniu. Ola jak wiadomo dojechała do mnie z Seulu, gdy skończyła tam kontrakt.

Więc na urlop wybraliśmy się na wyspę Pherentian, zrobiliśmy kurs nurkowania i zostaliśmy, żeby nurkować dalej. No i właśnie dlatego dzisiaj zostałem pogryziony przez agresywną rybę ;)

I jeszcze na marginesie: smacznego jajka i wesołego zająca! Też mieliśmy tu śniadanie wielkanocne. Zamówiłem jajko na twardo i pomalowałem długopisem - pisanka wyszła jak się patrzy! Trochę gorzej ze święceniem. Jajo pobłogosławiłem sam, tylko nie wiem, czy to się liczy ;)

To be continued...

komentarze (0) | dodaj komentarz

Petronas Twin Towers za oknem

poniedziałek, 10 marca 2008 17:38
 To będzie taki wpis na szybko, bo dużo się dzieje. Za dużo, żeby marnować czas na stukanie w białym okienku.

Przyleciała do mnie moja kochana Ola! Skończył jej się kontrakt w Seulu i niecały tydzień temu odebrałem ją z KLIA (Kuala Lumpur International Airport - Malezyjczycy lubią skróty). Potem przenieśliśmy się z hotelu w Shah Alam, który był na strasznym zadupiu, jakieś 30km od miasta na terenie klubu golfowego, skąd nie dało się wydostać inaczej jak samochodem, do KLCC, samego serca Malezji - Kuala Lumpur City Center. Samo centrum oznacza tyle, że słynne Petronas Twin Towers są dosłownie 100-200m od naszego hotelu. Jak z niego wychodzę to mam taki widok, jak na załączonym obrazku.

Wieże są imponujące, ogromne i na dodatek - całe z aluminium i szkła. Choć umysł ludzki nie ogarnia tej wielkości tak od razu. Jak zobaczyłem je pierwszy raz to jakoś myślałem, że będą większe. Ale im dłużej się im przyglądam, tym bardziej czuję, jakie one są wielkie naprawdę. W końcu 88 pięter, 452m wysokości.

Poza tym luzuje mnie fakt, że idąc rano do pracy, chcąc-nie-chcąc, przechodzę pod nimi. Ludzie przyjeżdżają, się fotografują, zachwycają... a ja po prostu idę obok nich do pracy ;]

komentarze (1) | dodaj komentarz

Welcome to Malaysia!

niedziela, 02 marca 2008 11:08
Po Seulu musiałem wyskoczyć na tydzień do Europy, żeby poprowadzić szkolenie w Berlinie, no i wczoraj wróciłem do Azji, do Malezji konkretnie. Shah Alam, przedmieścia Kuala Lumpur.

Nie to, żeby coś widział, bo czas spędzam jak do tej pory na odsypianiu jet-laga i ogólnej relaksacji, głównie w hotelowym basenie. Ale wdrażam się w tutejszy klimat, zrobiłem prasówkę i wynalazłem to oto powyższe ogłoszenie Państwowej Komisji Wyborczej, które mówi o tym (jeśli nie możecie doczytać, bo literki są zbyt małe), że aby uniemożliwić wyborcom wielokrotne głosowanie będzie używany niewidoczny atrament, którego nijak nie da się zmyć z palca przez co najmniej 10 dni. Aby uspokoić obawy i ciekawość wyborców ogłoszenie mówi, jak wygląda procedura znakowania w każdej możliwej sytuacji :) Dzień wyborów 8 marca, więc i kampania w pełni. Zauważyłem, że bardzo polularne są flagi wyborcze.

Ponadto jest mrożąca krew w zyłach relacja motocyklisty, który oberwał piłeczką golfową i skończył z piętnastoma szwami na dolnej wardze. Golf to tutaj chyba sport narodowy, bo mam wrażenie, że powierzchnia pól należących do klubów przekracza powierzchnie ziem uprawnych, a tam akurat nie było siatki zabazpieczającej, więc sprawa jest poważna! Prezes klubu jednak nie potwierdził, że piłeczka należy właśnie do nich.

Z porad życiowych można dowiedzieć się, że wszystko czego potrzebujesz to poddać się i pozwolić, aby twoje życie płyneło swoją naturalną drogą ku świadomości i mądrości. A negatywne emocje rodzą się, gdy chcesz osiągnąć coś, co jest poza twoim zasięgiem. Czy myślicie, że te hinduistyczne porady nadają się do naszych polskich warunków? ;]

komentarze (2) | dodaj komentarz

sobota, 20 marca 2010

Licznik odwiedzin: 110867

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Mój bloog z pordóży

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 16.03.2010 16:42:35
  • autor: justynas98
  • treść: Fajna str jestem les...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 110867
Bloog istnieje od: 1064 dni