Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Ukradziona historia

czwartek, 28 stycznia 2010 12:04
 Tę historyjkę ukradłem Oli, która ostatnio mi ją opowiadała. A że nie prowadzi bloga, myslę, że nie będzie miała nic przeciwko, że ja ją opublikuje na swoim. A było to tak...

Balarinka poszła się wyżyć na siłownię i w damskiej szatni spotkała dwie laski, które troszkę się przechwalały.

- Marlena, te spodnie to ty masz chyba od piżamy... Zobacz jakie ja mam nowe fajne.
- Nie od piżamy moja droga tylko z Zary. A buty, to jakbyś chciała wiedzieć kupiłam sobie w Nowym Jorku!
- Oj, już nie szpanuj przed dziewczyną... A ja mam jednego buta z Paryża a drugiego z Mediolanu!


I tak dalej gadka-szmatka. Dziewczyna (czyli Ola) nic nie mówi, tylko slucha jak sie laski przekomarzają, kiedy nagle dzwoni do niej telefon. Jej bookerka z Myskeny.

- ........
- Tak pani Haniu, w Berlinie super! A Paryż już potwierdzony?
- ........
- Co? Madryt?? Kiedy?

(laski już się przymkneły i udają, że w ogóle nie słuchają)
- ........
- No tak, pewnie, że dam radę!
- ........
- Do Hong Kongu to nie wiem... Chociaż w sumie to jeszcze pomyślę, bo będę w czerwcu w Singapurze.


I tak dalej gadka-szmatka...

Laski jakoś dziwnie ucichły i nawet jak Lwica skończyła rozmowę, to już nic nie mówiły ;-)

komentarze (1) | dodaj komentarz

Jordańskie specjały

środa, 13 stycznia 2010 22:00
 Jordańczycy to najbardziej gościnny naród na świecie! Jestem tutaj od tygodnia i czuję się wręcz rozpieszczany. Bo to, że są uprzejmi i mili to mało. Dbają o nas na każdym kroku. Jeszcze ani razu nie pozwolili zapłacić nam za posiłek. Gospodarze płacą i tyle. Doradzają nam gdzie jechać, co robić, co zobaczyć, ile co kosztuje. Zabierają nas autem z hotelu i odwożą z powrotem. Dzisiaj zorganizowali nam łykendowy wyjazd do Petry - największej atrakcji turystycznej w Jordanii. Wczoraj zaprosili nas na wieczorny wypad do lokalnej knajpy i stawili się wszyscy jak jeden mąż. Oczywiście zamówili dwa stoły lokalnych specjałów, żebyśmy próbowali. Wypaliliśmy sziszę pokoju, a po wszystkim dwaj z nich kłócili się, który odwiezie nas do hotelu, bo obydwaj chcieli i każdy udowadniał, że ma bardziej po drodze. I to wcale nie koledzy z lokalnego NSNu, ale nasi klienci, dla których prowadzimy szkolenie. Ja jestem w szoku.

Przez te kilka dni trochę bardziej pokręciłem się po mieście. Amman, stolica arabskiego kraju, ma dwa oblicza. Reprezentatywna, czysta i bogata część zachodnia, oraz stara, tradycyjna i zdecydowanie biedniejsza część wschodnia zwana przez lokalsów downtown. Nasz hotel oraz siedziba customera jest w części zachodniej, więc przez pierwsze parę dni myśleliśmy, że całe miasto jest takie czyste i wymuskane.  Dopóki nie wybraliśmy się do downtown. Tam już jest typowy arabski sajgon: budynki postawione byle jak, dużo syfu, jeszcze więcej sprzedawców, którzy bardzo głośno krzyczą, bo właśnie chcą ci sprzedać swoją wyjątkową kapustę... ale i dużo życia. Dzieje się, można kupić, można sprzedać, można zjeść i wypić, można poczuć ducha miasta, zobaczyć wspólnotę i prawdziwych mieszkańców, można zostać przejechanym przechodząc przez ulicę i bezczelnie naciągniętym na kasę przez taksówkarza. Jednak mimo wszystko ludzie są otwarci, nie krzywią się na widok fotoaparatu, tylko uśmiechają i cieszą, że im robię zdjęcia.

 

Tak więc wczoraj popróbowaliśmy lokalnych specjałów. Jedliśmy coś, co bardzo przypominało pizzę na chudym cieście, ale tylko z jednym składnikiem: albo z serem, albo z pastą "jordańskie pesto", albo z jajkami. Potem wjechał hummus, czyli (za Wikipedią) ciecierzyca, ugotowana i utarta, zmiażdżony czosnek, pasta sezamowa i sok z cytryny, dokładnie razem wymieszane. Hummus je się z arabskim chlebkiem ajsz (niekwaszony i wypiekany pod postacią płaskich bochenków) lub pita. W ogóle Jordańczycy zjadają ogromne ilości tego rodzaju pieczywa do każdego dania. Narodową potrawą Jordanii jest beduniński mansaf - jagnię pieczone z aromatycznymi ziołami, podawane z ryżem, migdałami, nasionami sosny i orzechami.  Na szczególne okazje, takie jak np. wesele, mansaf przystraja się głową upieczonego jagnięcia. Goście honorowi dostają oczy, a nieco mniej honorowi - język. Je się to ręką (wyłącznie prawą! - lewą Arabowie uważają za nieczystą) formując kulkę po trochu ze wszystkich składników i siup do buzi. Koledzy bardzo zachwalają, ale nie wiem czy dam się namówić - sami zobaczcie na zdjęciu. Za to normalnie na ulicy można dostać bardzo popularny falafel (kulki z ciecierzycy smażone na głębokim oleju w chlebie pita) lub shaormę (odpowiednik greckiego gyrosa), oczywiście z chlebkiem. Natomiast wczoraj jedliśmy jeszcze kofte (grilowana mielona jagnięcina z przyprawami) zapiekaną w ciekawym gorzkim sosie (coś jak beszamelowy). Jako danie główne wjechał talerz grillowanych mięs (kurczak, wołowina i kofte) podanych na warstwie badunis, czyli pietruszki. Po tym wszystkim nie byłem w stanie się ruszyć, a koledzy wcisneli we mnie jeszcze deser: gęsty mleczno-kokosowy napój podawany na ciepło z pistacjami i rodzynkami zaprawiany olejkiem różanym.

 

Nic więc dziwnego, że w nocy nawiedziły mnie dziwne sny. Wyprowadzałem na smyczy kolegę z firmy, który chodził na czworaka i szczekał jak pies ;]

komentarze (1) | dodaj komentarz

Amman, Jordania, lato

piątek, 08 stycznia 2010 19:35
 Jestem w Jordanii już drugi dzień i wszystko układa się wyśmienicie!

Oczywiście jestem tu, aby zrobić szkolenie dla naszego klienta. Żeby było raźniej jesteśmy we dwóch, z kolegą Olkiem. Wczoraj pojechaliśmy do customera, zrobiliśmy niezbędne przygotowania, ustaliliśmy plan. Wszyscy sympatyczni, pomocni, uprzejmi. Klient nawet postawił nam luch, który przyjeliśmy upewniwszy się, że nie narusza to naszego korporacyjnego "Code of conduct". Kodeks zabrania przyjmowania podarunków o wartości przewyższającej 100EUR. Lunch kosztował w sumie 5, więc zjedliśmy ze smakiem.

 Dzisiaj muzułmański piątek, a więc dzień wolny. Z meczetów słychać zawodzące śpiewy, ludzie co dwie godziny przystają na modły, a my wybraliśmy się nad Morze Martwe. To jedynie 60km od Ammanu, a jaka atrakcja. Najniżej położone miejsce na Ziemii. -390mnpm, czyli inaczej 390m pod poziomem morza. Czyli inaczej depresja. A nasze nastroje wprost przeciwnie. Temperatura około 25C, słoneczko praży, normalnie środek lata! A jeszcze nie dalej jak 3 dni temu grałem u nas w hokeja na lodzie - na dworze ;-P A tutaj pływanko w morzu, pływanko w basenie, klapeczki, opalanko. Można odżyć.

No... z tym pływaniem w morzu to może nie do końca. Woda w Morzu Martwym jest ponad 20-krotnie bardziej zasolona niż w zwykłym morzu. Sprawdzałem kroplę na języku i wierzcie mi, że jest okropnie słona. Sól krystalizuje na wszystkim, czego dotknie woda. Kamienie są pokryte solną skorupką. Warstwy soli przy brzegu mieszają się z piaskiem w równej proporcji tworząc przedziwne biało-brązowe wzory. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale człowiek unosi się w tej słonej zupie jak kawałek styropianu. Można leżeć na plecach z nogami nad wodą i czytać gazetę. No i dlatego też morze jest martwe - w takich warunkach nie mogą żyć żadne organizmy.

Ale jest też działanie dobroczynne. Te wszystkie skoncentrowane sole i minerały fantastycznie odżywiają skórę.  Kosmetyki z Morza Martwego są znane na całym świecie. Tutaj mieliśmy okazję zażyć ich w najbardziej surowej formie, czyli po prostu wysmarować się tym martwomorskim mułem. Też wydawało mi się to z początku dziwne, ale już nawet pomijając fakt działania kosmetycznego, jest w tym coś pierwotnego i uwalniającego, kiedy człowiek bierze garść lepkiej czarnej gliny i zaczyna się nią obmazywać. Wrzucam swoje zdjęcie w takiej beauty-maseczce za free ;-]

komentarze (4) | dodaj komentarz

Dom dzienny, dom nocny

poniedziałek, 07 grudnia 2009 17:55
 Od pół roku czytam "Dom dzienny, dom nocny" Olgi Tokarczuk. Powieść nie za bardzo przypadła mi do gustu, ale nie daję za wygraną i walczę. W międzyczasie przeczytałem parę innych książek, nieco lżejszych gatunkowo. A to podróżnicze przygody Cejrowskiego, a to społeczny kryminał Mankella z najmniej bohaterskim bohaterem na świecie, inspektorem Kurtem Wallanderem... Ale do Tokarczuk uparcie wracam. I dzisiaj znalazłem coś genialnego.

"Wałbrzych Główny to wyludniony ciemny dworzec z jednym kioskiem, gdzie górnicy z nocnej zmiany kupują papierosy i prezerwatywy. W barze sprzedają pierogi polane słoniną i cienką herbatę, z trudem zaparzoną w podstygniętej wodzie."

To koniec opisu dworca. Dwa krótkie zdania. Ale warte tysiąca obrazów.





komentarze (3) | dodaj komentarz

Jak się oświadczać, to tylko w Paryżu!

niedziela, 29 listopada 2009 21:51
 Oświadczyny były dobrze zaplanowane! Może nawet trochę z konieczności, bo temat wcale nie jest taki oczywisty.

Najpierw spróbujcie kupić pierścionek w rozmiarze 9. Okazuje się, że jest to niemożliwe! Najmniejsze rozmiary w sklepach to tak do 11-10. Jedyna możliwość to specjalnie dać pierścionek jubilerowi do pomniejszenia, ale... nie każdy da się pomniejszyć. Pierścionek musi być taki, żeby po zmniejszeniu kamienie z niego nie powypadały. Chodziliśmy, oglądaliśmy, przymierzaliśmy... Na szczęście Lwicy podobały się różne modele, więc w końcu, ale to już sam i w tajemnicy, odpowiedni model zamówiłem i zleciłem zmniejszenie. Cała procedura trwa ponad miesiąc, więc nie mogłem tego zrobić szybko i spontanicznie. I dlatego właśnie miałem miesiąc na planowanie.

Paryż to bez wątpienia dobre miejsce. Miasto miłości. Jest romatycznie i ładnie już z definicji, a jesienią tym bardziej. Poza tym obydwoje trochę Paryż znamy i bardzo lubimy. Mamy tam swoje miejsca i swoje sposoby na spędzanie czasu po parysku. No i co najważniejsze - Lwica pojechała tam właśnie na showroom Balenciagi w październiku. A ja miałem zaplanowane szkolenie w Berlinie, a z Berlina do Paryża lata easyJet. Więc wszystko jasne :)

Przedtem jednak zrobiłem mały reaserch na necie. Zapytanie "propose in paris" zwraca w Google mnóstwo ciekawych linków w stylu: Best places to propose in Paris, How to propose in Paris?, Top 5 Most Romantic Spots to Propose in Paris, Where to propose in Paris?, Ideas » A Proposal in Paris, etc... Jak widać temat jest popularny, dyskutowany na forach. Ludzie pytają, eksperci odpowiadają, proponują miejsca i pomysły, inni, który już mają takie doświadczenie za sobą dzielą się wrażeniami, wre dyskusja na temat oświadczyn na szczycie Wieży Eiffla. Są nawet firmy, które komercyjnie organizują oświadczyny w Paryżu, gdzie każdy znajdzie ofertę dla siebie. Już od 300EUR może to być rejs motorówką po Sekwanie z wliczoną butelką szampana lub opcja z białym gołębiem. Jeśli chcesz wyłożyć więcej (a któż  by oszczędzał na oświadczynach!) to proszę bardzo: w limuzynie, w karecie, w restauracji ze śpiewającymi kelnerami. Za ponad 1000EUR można zamówić opcję z reklamą na furgonetce, lot helikopterem nad Disneylandem lub projekcję na Wieży Eiffla. Pomysłów jest sporo a oferta kończy się opcją za 16 tyś. EUR, gdzie grupa lotnicza rysuje na niebie ogromne serce dla zakochanych. Chciałem zdecydować się na to ostanie, ale w końcu na innym forum znalazłem informację o niesłychanie romantycznej, niedrogiej i bardzo dobrej restauracji, która właśnie na oświadczyny była polecana. Oczywiście strony o paryskich restauracjach przejrzałem już wcześniej, ale w dzisiejszych czasach przekleństwem jest mnogość wyborów. Poza tym, w tych najbardziej polecanych na turystycznych portalach restauracjach, ceny za danie zaczynają się od 100EUR. Nie to, żebym chciał oszczędzać... tylko chodzi o pewien komfort psychiczny. Nie chcę ładować się do jakiegoś superwytwornego miejsca, gdzie każdy klient wywala za kolację tysiaka euro bez mrugnięcia okiem, bo źle się czuję udając kogoś innego. A jeszcze gorzej - starając się udawać kogoś bogatszego niż jestem.

 Dlatego opcja z restauracją Le Coupe-Chou bardzo mi się spodobała. Obejrzałem w necie ich stronkę, zdjęcia z wnętrza (czy aby nie przesadzone te doniesienia o romantyczym wystroju) oraz menu, aby przekonać się, czy Lwica znajdzie tam coś dla siebie. O ile ja, jak każdy typowy facet, jestem prawie wszystkożerny, o tyle Ola, jak każda typowa kobieta, lubi sobie dogodzić i ma swoje wymagania, którym na szczęście menu sprostało - a jak się potem okazało, kucharz nawet je przewyższył :) Obejrzałem też okolicę na Google Earth, żeby nie okazała się zbyt podała. Paryż ma różne oblicza. Te zdjęcia z poziomu ulicy na GE to fantastyczna sprawa - możesz zwiedzać miasto ze swojego komputera prawie jakbyś sam przechadzał się jego chodnikami. A miło przechadzać się w okolicy Notre Dame. Więc kulturalnie zrobiłem internetową rezerwację na stolik dla dwojga na ten dzień i tę godzinę.

A potem najtrudniej było od rana normalnie funkcjonować i nie dać nic po sobie poznać, wiedząc, że wieczorem nadejdzie ta chwila. Ona oczywiście nie wiedziała i pretekstem, aby się ładnie ubrać i wyjść, była nasza trzecia rocznica. Podstępem musiałem uśpić czujność i tak też poszliśmy do Le Coupe-Chou.

Okazało się, że restauracja jest naprawdę tak romantyczna jak to wynikało ze zdjęć i opinii: ładne, klasyczne meble z ciemnego drewna, kamienne ściany, przyćmione światło i prawdziwy ogień płonący w kominkach, który refleksami obijał się w wypolerowanych kieliszkach, czekających by napełnić je francuskim winem. Zamówiliśmy przystawki i białego sauvignona. Wino wyśmienite, owocowe, lekkie, orzeźwiające. Natomiast przystawki to był prawdziwy majstersztyk kulinarny. Można powiedzieć, że w tej restauracji zrozumiałem ideę przystawek, albo... tutaj objawiła mi się w całej okazałości. Coś małego, pysznego, zaskakujące połączenie smaków, po którym człowiek żałuje, że skończył i chce jeszcze. Pomidory siekane z owocami cytrusowymi z nektarem pomarańczowym przyozdobione ubitą śmietanką wasabi. Albo carpaccio z czarnej rzodkiewki, chrupiąca pałeczka parmezanowa, pieczone krewetki i gazpacho z buraka. Przy daniu głównym zaczeli schodzić się inni goście. Gdy zaserwowano deser, najlepsze tiramisu jakie w życiu jadłem (z kakao i bananami, lekko perfumowane cynamonem), sala była absolutnie pełna - i o dziwo - pełna Amerykanów.

 Tak sobie zaplanowałem, że jak skończymy deser to zamówię szampana i wtedy to będzie ten moment, gdy... nagle para starszych amrykańskich państwo siedzących przy sąsiednim stoliku odwraca się i uprzejmie zagaduje do nas, że tak pięknie razem wyglądamy i skąd jesteśmy i że oni jak na nas patrzą to sobie przypominają swoje młode czasy i czy jesteśmy małżeństwem. Ona się właśnie tak pyta: czy jesteśmy małżeństwem? Na pięć minut przet tym, jak ja zamierzam się oświadczyć, ta nietaktowna baba pyta się, czy jesteśmy małżeństwem! Wszystko popsuje!!! Aaaaa!!! Ona wszystko popsuje!!! "Nie jesteśmy małżeństwem" odpowiadam z uśmiechem, ale oczami posyłam jej kilka kostek lodu, aby czasem nie ciągneła grząskiego tematu i ucinam rozmowę wstając i zamawiając butelkę szampana. Dalej już wszystko toczy się szybko (albo może tak to zapamiętałem...) , bo kiedy kelner zbliża się z szampanem - tak, teraz albo nigdy!, klękam przed moją ukochaną i zadaję Wielkie Pytanie wyciągając pierścionek z kieszeni marynarki. Ola natychmiast zaczyna płakać ze wzruszenia, a za plecami rejestruję jeszcze głos starszej amerykańskiej pani: "Oh my God! Oh my God!! He proposed, he proposed!!! Oh my God, that's so romantic...!" :)))

Lwiczka cała rozpłakana, ale szczęsliwa - ja prawie też uroniłem łzę ze wzruszenia. Szampan strzela, na sali poruszenie, pani Amerykanka reklamuje nas na całą knajpę "Oh my God, he proposed! They are from Poland!", wszyscy biją brawo i wznoszą w naszą stronę kieliszki. Faktycznie, to faktycznie romatyczne :))) Jak na filmach, tylko że naprawdę!

Tak to było moje drogie dzieci. No i teraz jest niebezpieczeństwo, że ten blog może zmienić się z podróżniczego w przedślubnego, hehehe.

komentarze (5) | dodaj komentarz

środa, 10 lutego 2010

Licznik odwiedzin: 46066

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

O moim bloogu

Mój bloog z pordóży

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 30.11.2009 21:49:11
  • autor: tamanduak
  • treść: Au-tor-KA?? Halo...?...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 46066
Bloog istnieje od: 1026 dni