Tę historyjkę ukradłem Oli, która ostatnio mi ją opowiadała. A że nie prowadzi bloga, myslę, że nie będzie miała nic przeciwko, że ja ją opublikuje na swoim. A było to tak...
Jordańczycy to najbardziej gościnny naród na świecie! Jestem tutaj od tygodnia i czuję się wręcz rozpieszczany. Bo to, że są uprzejmi i mili to mało. Dbają o nas na każdym kroku. Jeszcze ani razu nie pozwolili zapłacić nam za posiłek. Gospodarze płacą i tyle. Doradzają nam gdzie jechać, co robić, co zobaczyć, ile co kosztuje. Zabierają nas autem z hotelu i odwożą z powrotem. Dzisiaj zorganizowali nam łykendowy wyjazd do Petry - największej atrakcji turystycznej w Jordanii. Wczoraj zaprosili nas na wieczorny wypad do lokalnej knajpy i stawili się wszyscy jak jeden mąż. Oczywiście zamówili dwa stoły lokalnych specjałów, żebyśmy próbowali. Wypaliliśmy sziszę pokoju, a po wszystkim dwaj z nich kłócili się, który odwiezie nas do hotelu, bo obydwaj chcieli i każdy udowadniał, że ma bardziej po drodze. I to wcale nie koledzy z lokalnego NSNu, ale nasi klienci, dla których prowadzimy szkolenie. Ja jestem w szoku.Przez te kilka dni trochę bardziej pokręciłem się po mieście. Amman, stolica arabskiego kraju, ma dwa oblicza. Reprezentatywna, czysta i bogata część zachodnia, oraz stara, tradycyjna i zdecydowanie biedniejsza część wschodnia zwana przez lokalsów downtown. Nasz hotel oraz siedziba customera jest w części zachodniej, więc przez pierwsze parę dni myśleliśmy, że całe miasto jest takie czyste i wymuskane.
Dopóki nie wybraliśmy się do downtown. Tam już jest typowy arabski sajgon: budynki postawione byle jak, dużo syfu, jeszcze więcej sprzedawców, którzy bardzo głośno krzyczą, bo właśnie chcą ci sprzedać swoją wyjątkową kapustę... ale i dużo życia. Dzieje się, można kupić, można sprzedać, można zjeść i wypić, można poczuć ducha miasta, zobaczyć wspólnotę i prawdziwych mieszkańców, można zostać przejechanym przechodząc przez ulicę i bezczelnie naciągniętym na kasę przez taksówkarza. Jednak mimo wszystko ludzie są otwarci, nie krzywią się na widok fotoaparatu, tylko uśmiechają i cieszą, że im robię zdjęcia.
Tak więc wczoraj popróbowaliśmy lokalnych specjałów. Jedliśmy coś, co bardzo przypominało pizzę na chudym cieście, ale tylko z jednym składnikiem: albo z serem, albo z pastą "jordańskie pesto", albo z jajkami. Potem wjechał hummus, czyli (za Wikipedią) ciecierzyca, ugotowana i utarta, zmiażdżony czosnek, pasta sezamowa i sok z cytryny, dokładnie razem wymieszane. Hummus je się z arabskim chlebkiem ajsz (niekwaszony i wypiekany pod postacią płaskich bochenków) lub pita. W ogóle Jordańczycy zjadają ogromne ilości tego rodzaju pieczywa do każdego dania. Narodową potrawą Jordanii jest beduniński mansaf - jagnię pieczone z aromatycznymi ziołami, podawane z ryżem, migdałami, nasionami sosny i orzechami.
Na szczególne okazje, takie jak np. wesele, mansaf przystraja się głową upieczonego jagnięcia. Goście honorowi dostają oczy, a nieco mniej honorowi - język. Je się to ręką (wyłącznie prawą! - lewą Arabowie uważają za nieczystą) formując kulkę po trochu ze wszystkich składników i siup do buzi. Koledzy bardzo zachwalają, ale nie wiem czy dam się namówić - sami zobaczcie na zdjęciu. Za to normalnie na ulicy można dostać bardzo popularny falafel (kulki z ciecierzycy smażone na głębokim oleju w chlebie pita) lub shaormę (odpowiednik greckiego gyrosa), oczywiście z chlebkiem. Natomiast wczoraj jedliśmy jeszcze kofte (grilowana mielona jagnięcina z przyprawami) zapiekaną w ciekawym gorzkim sosie (coś jak beszamelowy). Jako danie główne wjechał talerz grillowanych mięs (kurczak, wołowina i kofte) podanych na warstwie badunis, czyli pietruszki. Po tym wszystkim nie byłem w stanie się ruszyć, a koledzy wcisneli we mnie jeszcze deser: gęsty mleczno-kokosowy napój podawany na ciepło z pistacjami i rodzynkami zaprawiany olejkiem różanym.
Nic więc dziwnego, że w nocy nawiedziły mnie dziwne sny. Wyprowadzałem na smyczy kolegę z firmy, który chodził na czworaka i szczekał jak pies ;]
Jestem w Jordanii już drugi dzień i wszystko układa się wyśmienicie!
Dzisiaj muzułmański piątek, a więc dzień wolny. Z meczetów słychać zawodzące śpiewy, ludzie co dwie godziny przystają na modły, a my wybraliśmy się nad Morze Martwe. To jedynie 60km od Ammanu, a jaka atrakcja. Najniżej położone miejsce na Ziemii. -390mnpm, czyli inaczej 390m pod poziomem morza. Czyli inaczej depresja. A nasze nastroje wprost przeciwnie. Temperatura około 25C, słoneczko praży, normalnie środek lata! A jeszcze nie dalej jak 3 dni temu grałem u nas w hokeja na lodzie - na dworze ;-P A tutaj pływanko w morzu, pływanko w basenie, klapeczki, opalanko. Można odżyć.
Kosmetyki z Morza Martwego są znane na całym świecie. Tutaj mieliśmy okazję zażyć ich w najbardziej surowej formie, czyli po prostu wysmarować się tym martwomorskim mułem. Też wydawało mi się to z początku dziwne, ale już nawet pomijając fakt działania kosmetycznego, jest w tym coś pierwotnego i uwalniającego, kiedy człowiek bierze garść lepkiej czarnej gliny i zaczyna się nią obmazywać. Wrzucam swoje zdjęcie w takiej beauty-maseczce za free ;-]
Od pół roku czytam "Dom dzienny, dom nocny" Olgi Tokarczuk. Powieść nie za bardzo przypadła mi do gustu, ale nie daję za wygraną i walczę. W międzyczasie przeczytałem parę innych książek, nieco lżejszych gatunkowo. A to podróżnicze przygody Cejrowskiego, a to społeczny kryminał Mankella z najmniej bohaterskim bohaterem na świecie, inspektorem Kurtem Wallanderem... Ale do Tokarczuk uparcie wracam. I dzisiaj znalazłem coś genialnego.
Oświadczyny były dobrze zaplanowane! Może nawet trochę z konieczności, bo temat wcale nie jest taki oczywisty.
Dlatego opcja z restauracją Le Coupe-Chou bardzo mi się spodobała. Obejrzałem w necie ich stronkę, zdjęcia z wnętrza (czy aby nie przesadzone te doniesienia o romantyczym wystroju) oraz menu, aby przekonać się, czy Lwica znajdzie tam coś dla siebie. O ile ja, jak każdy typowy facet, jestem prawie wszystkożerny, o tyle Ola, jak każda typowa kobieta, lubi sobie dogodzić i ma swoje wymagania, którym na szczęście menu sprostało - a jak się potem okazało, kucharz nawet je przewyższył :) Obejrzałem też okolicę na Google Earth, żeby nie okazała się zbyt podała. Paryż ma różne oblicza. Te zdjęcia z poziomu ulicy na GE to fantastyczna sprawa - możesz zwiedzać miasto ze swojego komputera prawie jakbyś sam przechadzał się jego chodnikami. A miło przechadzać się w okolicy Notre Dame. Więc kulturalnie zrobiłem internetową rezerwację na stolik dla dwojga na ten dzień i tę godzinę.
Tak sobie zaplanowałem, że jak skończymy deser to zamówię szampana i wtedy to będzie ten moment, gdy... nagle para starszych amrykańskich państwo siedzących przy sąsiednim stoliku odwraca się i uprzejmie zagaduje do nas, że tak pięknie razem wyglądamy i skąd jesteśmy i że oni jak na nas patrzą to sobie przypominają swoje młode czasy i czy jesteśmy małżeństwem. Ona się właśnie tak pyta: czy jesteśmy małżeństwem? Na pięć minut przet tym, jak ja zamierzam się oświadczyć, ta nietaktowna baba pyta się, czy jesteśmy małżeństwem! Wszystko popsuje!!! Aaaaa!!! Ona wszystko popsuje!!! "Nie jesteśmy małżeństwem" odpowiadam z uśmiechem, ale oczami posyłam jej kilka kostek lodu, aby czasem nie ciągneła grząskiego tematu i ucinam rozmowę wstając i zamawiając butelkę szampana. Dalej już wszystko toczy się szybko (albo może tak to zapamiętałem...) , bo kiedy kelner zbliża się z szampanem - tak, teraz albo nigdy!, klękam przed moją ukochaną i zadaję Wielkie Pytanie wyciągając pierścionek z kieszeni marynarki. Ola natychmiast zaczyna płakać ze wzruszenia, a za plecami rejestruję jeszcze głos starszej amerykańskiej pani: "Oh my God! Oh my God!! He proposed, he proposed!!! Oh my God, that's so romantic...!" :)))środa, 10 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 46066
Mój bloog z pordóży
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: